A jednak mi żal

tak było.......
tak jest......





















               28-go lutego opublikowałam post o losach ludzi i kawałeczku ziemi który zagospodarowali dla własnych potrzeb. Dziś część druga i finał tej historii.


                      Tamtego roku lato było równie gorące jak tegoroczne. W niedzielne lipcowe popołudnie rodzinka zebrana przy stole po obfitym okolicznościowym obiedzie na cześć gospodyni deliberowała co robić dalej z tak dobrze rozpoczętym dniem..... Kontynuować obżarstwo kosztem wątroby i stawów unieruchomionych przez kilka godzin (poza żuchwą), czy wybrać się na spacer do pobliskiego lasu. Zdania były podzielone. Panie chciały na spacer, a panowie zdecydowanie preferowali wersję konsumpcyjną. Stanęło na tym, że kto na spacer ten idzie podziwiać przyrodę, a kto woli dalsze podziwianie talentów kulinarnych gospodyni, ten zostaje.
           
Ostatecznie wyłamał się tylko pan domu. Stwierdził, że krótki spacer z psinką dobrze mu zrobi. Psince zresztą też. No i słusznie. Tak się złożyło, że mała, kilkuletnia dziewczynka też zapragnęła pójść z pieskiem na spacer. Dziadek wziął pieska na smycz, dziewczynkę za rączkę i poszli. Nie było ich dość długo. Po powrocie mała oczywiście zaczęła nam zdawać szczegółową relację gdzie byli. Dowiedzieliśmy się, że m.in. poszli do ogródka przy białym domku pod brzozami i dziadek postawił sobie piwo. "A tobie co postawił?" - zapytał ktoś z rodziny. "Mnie krzesełko" - odpowiedziało rezolutnie dziecko. Śmiechu było co niemiara.

Od tamtej pory minął szmat czasu. Dużo się zmieniło. Mała dziewczynka jest dzisiaj uroczą dwudziestoparoletnią kobietą. Odszedł do "lepszego świata" jej dziadek. Nie ma białego pieska. I zniknął z krajobrazu osiedla biały domek wraz z brzozami. To ostatnie stało się dwa tygodnie temu.

Tego ranka obudził mnie jazgot pił mechanicznych. Gdy wyjrzałam przez okno, okazało się, że robotnicy ścinają moje ukochane brzozy. Potem przyszła kolej na domek. W ciągu trzech dni wszystko zniknęło. Oczyszczony, wyrównany plac wyłożono betonowymi płytami i powstał w tym miejscu parking. Kolejny. Bo kurczą się na moim osiedlu tereny zielone. Każdego roku kolejne trawniki zostają okrojone wszerz i wzdłuż na rzecz betonowych placów do parkowania samochodów.
Ja to rozumiem. Nie ma innego wyjścia. Od czasu, gdy powstało to osiedle liczba samochodów wzrosła wielokrotnie a stare parkingi nie są z gumy.

A jednak mi żal. Żal mi tych pięciu brzóz. To była taka piękna grupa. Codziennie przez te wszystkie lata o każdej porze dnia patrzyłam na nie z okien mojego mieszkania. Byłam świadkiem jak posadzono małe drzewka i jak z każdym rokiem stawały się coraz większe. Teraz to były duże dorodne drzewa o pięknych koronach. Kochałam ich białe pnie i zwisające, poruszane wiatrem wiotkie gałęzie oblepione drobnymi mieniącymi się w słońcu listeczkami. To już przeszłość. Już ich nie ma. Pozostały mi utrwalone na zdjęciach, bo bardzo lubiłam je fotografować.

Komentarze