Dzień, jak co dzień (prawie)

             

Trzeci dzień z dodatnimi temperaturami i zima szybko się wycofuje, Miejmy nadzieję, że tej wiosny już nie wróci.
           
             Bycie na emeryturze oprócz licznych minusów (myśli o nieuchronnie zbliżającej się starości, narastające dolegliwości zdrowotne) ma jeden plus. Nie musi się człowiek nigdzie spieszyć. Nie muszę się zrywać wcześnie rano, bo do pracy na godzinę..... Nie ma więc znaczenia czy wstanę o 6-ej, czy o 9-ej. Nie miałoby, gdyby nie psinka. Dawniej, to ja miałam labę. Gdy była młodsza i zdrowa, to na pierwszy spacer szłyśmy o 10-ej rano. To "se ne wrati". Dziś mus o 8-ej, i to pod warunkiem, że wyjdę z nią ostatni raz ok. północy. Nie narzekam, bo widzę, że niektórzy kursują ze swoimi pieskami już o 6-ej. Znaczy się, widziałam jak miałam nocną fuchę, z której właśnie o tej porze wracałam do domu. Fuchy już nie mam, więc wszystkie nocki w łóżku i mogę pobarłożyć do siódmej. Zawsze, zanim usnę i jak się obudzę, stwierdzam, że moja kanapa to najcudowniejszy wynalazek na świecie. Jak błogo jest się położyć pod miłą kołderkę. Jak trudno spod tej kołderki rano wyjść. Niestety jak mus, to mus. Gdy już się wygramolę, to muszę szybciutko śniadanko i kawkę, bo w dołku ssie i mam niskie ciśnienie więc poruszam się na zwolnionych obrotach. Szczerze mówiąc, to mój organizm olewa już te moje poranne próby wykiwania go, bo po tylu latach przyzwyczaił się i nie robi to na nim większego wrażenia. Za to żołądek i wątroba stawiają veto. Tak, czy inaczej żłopię rano tę kawę, bo z kolei uzależniłam się od tego porannego rytuału. Potem, w ciągu dnia, to ja tych kaw wypijam jeszcze dwie, lub trzy. Dziś kawy było mniej, bo najpierw mi się ciśnienie wyrównało na zakupach, a jak wróciłam do domu i rzuciłam okiem na rachunek za gaz który właśnie wyciągnęłam ze skrzynki to już niebezpiecznie poszybowało w granice wysokiego.

Ale po kolei. Po powrocie ze spaceru z psinką wyskoczyłam na zakupy. Najpierw do Lidla, bo mięso od szynki w promocji. Bardzo dobra cena, bo prawie dwa razy taniej niż normalnie. Nie kupiłam ,bo jak wzięłam to zapakowane próżniowo mięso do ręki, to stwierdziłam że jest tak naszprycowane wodą, że aż rzadkie. Nie będę płacić za wodę w mięsie plus dodatki (sól?) żeby z niego nie wypłynęła. Przy kasie pani na mnie nakrzyczała, że nie wolno mi wynosić torebek na pieczywo, bo to tylko do użytku sklepowego. Nie pomogło tłumaczenie, że one są wybrane z koszy zostawionych przez klientów a przecież i tak sklep je wyrzuci. Pani na to, że nie i już. Było mi głupio. Ludzie się gapią jakbym coś ukradła.... Do tej pory nikt mi nie czynił zarzutów z tego powodu. Było to nie pierwszy raz, bo ja te torebki zbierałam na odchody psinki. Po wyjściu z Lidla wpadłam do mięsnego po dobrą wędlinkę dla wnusi. Zawsze biorę tyle samo (na plasterki), więc wiem, ile mniej więcej waży, a tym razem ta sama ilość okazała się dwa razy cięższa. Zakwestionowałam wagę i poprosiłam o sprawdzenie. Nerwowy rzut i waga ta sama. Wagi są trzy, więc prośba o porównanie na drugiej. Pani ekspedientka poirytowana moim brakiem zaufania ustąpiła, i okazało się, że miałam rację. Znów nerwy, bo nie lubię takich sytuacji, ale przecież muszę walczyć o swoje. Ciekawe ilu klientów zostało przede mną "wykiwanych" przez tę niesprawną wagę?

Po powrocie do domu sięgam po fakturę wyrównawczą za gaz i na widok kwoty do zapłacenia pończochy mi opadły, za to ciśnienie mocno poszybowało w górę. No bo stoi jak byk, że muszę dopłacić drugie tyle, ile PGNiG zainkasowało ode w ub. roku za faktury zaliczkowe. Liczyłam że to będzie kilkadziesiąt złotych, a nie dziesięć razy tyle. Wzięłąm się za rozbieranie tego rachunku na czynniki pierwsze. Godzinę zajęło mi analizowanie poszczególnych składników, porównywanie cen zanim w końcu wpadłam gdzie jest pies pogrzebany. Zawyżono mi zużycie gazu dopisując do stanu licznika z dnia rozliczenia ilość m3 którą zużywam rocznie. Zadzwoniłam gdzie trzeba z reklamacją. Miła pani przyjęła do wiadomości i obiecała, że zrobią korektę. Ufffff. Odetchnęłam z ulgą. Ciekawa jestem co im teraz wyjdzie.

I na koniec. Gdy wracałam ze znajomą z zakupów, zobaczyłyśmy siedzącego pośrodku trawnika faceta usiłującego dosięgnąć ręką najbliższego rachitycznego drzewka. Nie mógł wstać i liczył na to, że drzewko mu w tym pomoże. Obserwowałyśmy go przez chwilę zastanawiając się, czy jest chory, czy pijany. Była dwunasta w południe. Pomna jesiennego doświadczenia, gdy minęłam obojętnie gościa leżącego na ławce (wkrótce zabrało go pogotowie i dowiedziałam się, że facet zmarł), namówiłam znajomą, żebyśmy podeszły bliżej i zobaczyły co jest temu na trawniku. Okazało się, że jest pijany w cztery d..y, ale skoro już byłyśmy obok, to postanowiłyśmy, że pomożemy mu wstać i dojść do chodnika. Postawiłyśmy go na nogi, a ponieważ ruszył przed siebie, to zostawiłyśmy go. Odeszłam kilka metrów i obejrzałam się jak sobie radzi. Leżał z powrotem, tylko poza zasięgiem drzewka. Pomyślałam sobie złośliwie, że pal licho pijaka (niech mu dupa marznie na własne życzenie), ale przynajmniej drzewko ocalało, bo gdyby go dosięgnął, to by pewnie wyrwał z korzeniami. Mam nauczkę na przyszłość. Pomagać zdalnie, czyli po prostu wezwać odpowiednie służby.   












   

Komentarze

  1. A ile jest takich osób co zapłacą i nie policzą, bo to co na rachunku to święte?
    Margo, w jakim my świecie żyjemy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Krystyna. Ja takich ludzi nie rozumiem. Dziwię się jak ktoś odchodzi od kasy zostawiając na ladzie tasiemcowy rachunek. Mnie życie nauczyło dyscypliny finansowej i szacunku do żywności i dobrze mi z tym. Nie pozwolę się oszukiwać ani świadomie, ani na skutek zbiegu okoliczności. Pozdrawiam.
      P.s. Mam jeszcze jeden blog. Podaję adres jakbyś chciała zajrzeć:
      https:/margo163.wordpress.com (wczoraj-dziś-jutro)

      Usuń
  2. Wcale Ci się nie dziwię, że ciśnienie poszło w górę.

    I pomagać trzeba z sensem, że tak powiem. Wciąż się o tym przekonuję, na szczęście potrafię być asertywna. I w końcu od czegoś te służby są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Roksanno. Ano, człowiek się całe życie uczy.

      Usuń

Prześlij komentarz